Liczba odwiedzin:
Komitet Obchodów
Jubileuszowych
Wydziału Elektrotechniki
i Automatyki PG
ul.G. Narutowicza 11/12,
80-952 Gdańsk
tel. 0 prefiks 58 347-28-45
fax. 0 prefiks 58 347-17-26
jubileusz@ely.pg.gda.pl
Jan Jakubowski, Czas Nr(208)3, 21 I 1979
Na pełnych obrotach

Jest w czwartym tomie najnowszej Encyklopedii Powszechnej hasło: Szewalski Robert. Brzmi ono tak: "(ur. 1903), inżynier mechanik i wynalazca; od 1945 profesor Politechniki Gdańskiej; od 1952 członek PAN; prace teoretyczne i projekty m.in. z zakresu turbin parowych i gazowych". Znaleźć się w encyklopedii, za życia zwłaszcza, to dużo. Cztery linijki druku na wyrażenie siedemdziesięciu pięciu lat życia to mało. Kanony najzwięźlejszej książki świata są bezwzględne - suchy, lakoniczny tekst, bohaterowie bez duszy. Takimi oni nie są. Takim nie jest również Robert Szewalski.

Wielka aula Politechniki Gdańskiej. W ławach licznie zebrana profesura, nauczyciele akademiccy wszystkich szczebli. Sporo ludzi spoza uczelni, spoza Gdańska. Na galerii chór akademicki. Płynie dostojne "Gaude Mater Polonia". Głucho brzmią uderzenia rektorskiej buławy, ale mocno i wyraźnie słowa, które płyną potem: "W uznaniu nieprzemijających zasług w organizacji i rozwoju uczelni oraz wybitnych, przynoszących chlubę uczelni osiągnięć w pracy naukowej, a także dydaktycznej i we współpracy z przemysłem, senat Politechniki Gdańskiej postanowił nadać członkowi rzeczywistemu Polskiej Akademii Nauk, profesorowi doktorowi habilitowanemu Robertowi Szewalskiemu tytuł doktora honoris causa".

Prof. Szewalski

Asystent Hubera

Cofnijmy się o 52 lata. Oto 1 listopada 1927 zgłasza się do pracy w Katedrze Mechaniki Politechniki Lwowskiej świeży absolwent tej uczelni inż. Robert Szewalski. Kierownik katedry, już wówczas światowa sława naukowa, profesor Maksymilian Tytus Huber ma właśnie do rozwiązania pewien problem techniczny. W Kaliszu miała miejsce niedawno dziwna katastrofa; eksplodowało koło zamachowe w nowo wykonanym silniku diesla. Ekspertyzę zlecono prof. Huberowi. - W technice nie ma przypadków - powiedział profesor do asystenta. Może więc sprawdzi pan obliczenia naprężeń w kole i spróbuje wyjaśnić, dlaczego się rozleciało. Asystent wielkiego uczonego wziął pod pachę projekt silnika i na odchodnym spytał nieśmiało, kiedy ma przedstawić wyniki swoich dociekań. Jutro - odpowiedział z pewnym zażenowaniem profesor -jutro rano. - Wie pan przecież, jak bardzo pilna to sprawa.

Przyszedł do domu, rozłożył projekt i krok po kroku zaczął obliczać parametry koła magazynującego energię silnika. Była to praca typowo inżynierska; parametry konstrukcyjne dawały się ująć w matematyczne zależności, które skatalogowane w poradniku mechanicznym Hütte od 30 lat służyły inżynierom jako wzory do projektowania. Skoro w technice nie ma przypadków, przyczyną awarii powinien być błąd w sztuce inżynierskiej, jakaś pomyłka w projekcie. Ale skrupulatne obliczenia niczego takiego nie dowiodły. Około północy inż. Szewalski miał pewność, że projektant obliczył wszystkie parametry koła zamachowego zgodnie z obowiązującymi wzorami. Co można było jeszcze zrobić? A no sprawdzić, czy dobre są wzory? Nad ranem miał już pewność, że jeden z wzorów kalendarza Hutte zawiera błąd. Błąd powielany przez wiele lat, aż wreszcie doszło do katastrofy. O 8.30 inż. Szewalski przedstawił wyniki swoich dociekań prof. Huberowi. W tym samym dniu prof. Huber przekazał ekspertyzę władzom.

Politechnika Lwowska była w okresie międzywojennym jednym z najsilniejszych polskich ośrodków naukowych. Tu wykładali tej klasy uczeni, co Stefan Banach i wspomniany już Maksymilian T. Huber, tu prowadzili swoje badania eksperymentalne wybitni technicy: prof. Ludwik T. Eberman - konstruktor silników spalinowych, w tym również silników wysokoprężnych do lodzi podwodnych; prof. Roman Witkiewicz, który stworzył laboratorium i prowadził między innymi prace nad gazyfikacją i upłynnianiem węgla, a także jego asystenci Jakub Bujak i Adam Wiciński, którzy rozwiązywali dziś jeszcze aktualny problem doładowania dynamicznego silników diesla, i wielu innych znakomitych polskich uczonych, z których wielu, niestety, nie zdołało przeżyć wojny.

Wkrótce Szewalski wniósł swój wkład do dorobku uczelni. Po rocznym stażu w Niemczech, gdzie studiował u profesorów W. Nusselta, A. Loschge'go i G. Zerkowitza przygotowuje pracę doktorską, której broni w 1935 roku. Rok wcześniej, na Zjeździe Stowarzyszenia Inżynierów Mechaników Polskich w Katowicach prezentuje oryginalną metodę optymalizacji parametrów konstrukcyjnych stopnia turbiny parowej. Metoda ta opublikowana w niemieckim czasopiśmie ,,Die Warme" przynosi mu wielką satysfakcję. Oto bowiem biuro konstrukcyjne wielkich zakładów budowy turbin Brown Boveri stosuje niebawem w praktyce projektowej turbin metodę optymalizacyjną Szewalskiego. Kiedy więc w 1937 roku Szewalski wyjeżdża do zakładów Brown Boveri w Baden koło Zurychu na staż przemysłowy, jest już tam znany dzięki swojej metodzie. Pracuje w laboratorium Zakładu Badawczego. Ma okazję być naocznym świadkiem narodzin pierwszej w świecie turbiny gazowej, zapoznaje się z techniką badań tunelowych. Po powrocie do kraju w 1938 habilituje się z teorii i budowy turbin parowych w Politechnice Lwowskiej.

W owym czasie polski przemysł turbinowy jeszcze nie istnieje, choć rysują się widoki na jego powstanie. Szewalski staje się więc pionierem techniki, która w Polsce znana jest tylko z eksploatacji importowanych maszyn. Na dowód międzynarodowego uznania, jakie zyskał swymi pracami, w tymże 1938 roku otrzymuje zamówienie z zakładów wydawniczych Springera w Niemczech na opracowanie monografii pt. "Projektowanie turbin parowych". Tego dzieła jednak nie napisze. Wybuch wojny przerywa pracę.

- Brak monografii przedmiotu w dorobku profesora osłabia jego pozycję w nauce - powie mi dziś jeden z jego wychowanków, też już profesor.
- Profesor Szewalski jest człowiekiem zbyt twórczym i zbyt ambitnym, by nawet dziś, kiedy formalnie jest już na emeryturze, pisać klasykę. On wciąż wyprzedza technikę nowymi koncepcjami, które publikuje oraz patentuje, w kraju i za granicą. Tych publikacji ma ponad 200. A najświeższa jego praca, wydana przez Ossolineum książka "Aktualne problemy rozwoju energetyki" (1978), to przecież same oryginalne koncepcje profesora w zakresie techniki turbinowej - mówi jego bliski współpracownik, który dobrze, jak twierdzi, zna profesora.

Ze Lwowa do Gdańska

Wojna. Docent habilitowany od turbin wcielony zostaje do 6 pułku lotniczego, w którym walczy do końca kampanii wrześniowej. Walka nie trwa długo. Szewalski wraca do rodzinnego Lwowa zajętego już przez Armię Czerwoną. Jeszcze przez półtora roku może prowadzić pracę naukową w macierzystej uczelni przemianowanej w międzyczasie na Lwowski Instytut Politechniczny. Organizuje od podstaw Katedrę Teorii Mechanizmów i Maszyn. Zostaje jej kierownikiem, prowadzi szereg nowych wykładów. W 1941 wojna wkracza do Lwowa. Przez trzy lata okupacji niemieckiej pracuje jako kierownik warsztatu mechanicznego. Po wyzwoleniu Lwowa w 1944 znów wraca na wznowioną uczelnię. Już jako profesor kieruje jednocześnie dwiema katedrami, w tym nową Katedrą Turbin Parowych i Gazowych skupiając wokół siebie młodych, zdolnych współpracowników. Jak pisał Eustachy S. Burka (Nauka Polska nr 3/1969): "Prof. Szewalski z niezwykłą energią przystąpił do odbudowy lwowskiej energetyki współpracując przy montażu i uruchamianiu przybyłych do miasta zespołów turbinowych". W rozmowie ze mną powie mi profesor, że w owym czasie polskie środowisko naukowe skupione we Lwowie jeszcze dokładnie nie wiedziało, jakie będą ostateczne granice odrodzonej Polski. Problem ten rozwiązany został definitywnie 16 sierpnia 1945 roku. Podpisana wówczas Umowa Graniczna między Rządem Tymczasowym a ZSRR zatwierdziła jako granicę wschodnią Polski linię Curzona.

W odrodzonej Polsce rodziła się, jako już wyłącznie polska uczelnia, Politechnika Gdańska. Przyjął zaproszenie jej rektora i w listopadzie 1945 przybył wraz z grupą młodych pracowników nauki oraz kilkoma wagonami aparatury do Gdańska. Zaraz po przyjeździe organizuje Katedrę Turbin Parowych i Gazowych, którą, choć ta zmienia z czasem nazwę kieruje do roku 1973. Była to praca od podstaw. Profesor był w pierwszych latach powojennych jedynym w kraju profesorem, specjalistą w zakresie budowy turbin. Tę swoją wiedzę przekazywał innym. Pierwsi asystenci profesora całą wiedzę o turbinach zdobywali na jego wykładach, a zdarzało się, co sami dziś mi potwierdzają, że przychodziło im prowadzić ćwiczenia ze studentami na podstawie dopiero co wysłuchanego wykładu. A wykładać potrafił profesor znakomicie: piękną polszczyzną, z temperamentem, w sposób swobodny i bezpośredni. Zagadnienie naukowe ukazywał na tle ogólniejszej problematyki technicznej. Słuchanie jego wykładów to była przyjemność. Ale prowadzenie zajęć po nim, wprawiało człowieka w kompleksy, człowiek peszył się własną nieporadnością, mówi mi dziś jeden z jego wychowanków i późniejszych współpracowników. Profesor prowadził również ćwiczenia projektowe kładąc duży nacisk na powiązanie wyboru koncepcji konstrukcyjnej z obliczeniami. Mawiał: - Koncepcja konstrukcyjna stanowi podstawę do obliczeń, wskazuje co liczyć; obliczenie pozwala projektowanym elementom nadawać stosowne wymiary. Nic tak jak projektowanie nie jest zdolne wiązać teorii z praktyką. Trzeba przecież każdą decyzję poprzeć uzasadnieniem. Projektowanie uczy więc umiejętności rozumowania technicznego i kształci poczucie odpowiedzialności inżynierskiej. Jest podstawowym elementem syntezy naukowej, zamykającej wieloletni program szkolenia na szczeblu akademickim.

Nauczanie, kształcenie specjalistów w dziedzinie, w której nie mieliśmy w przeszłości żadnych tradycji, to była wielka pasja profesora. Nie jedyna. Drugą pasją była działalność organizatorska. Kiedy dziś, po latach rozmawiam z ludźmi, którzy w latach powojennych i pięćdziesiątych mieli styczność z profesorem, spotykam się i z takim zdaniem że powodowała nim idea przewodzenia, kierowania, że miał takie ambicje. Pytam więc tych ludzi, czy fakt ten oceniają ujemnie, czy mają go profesorowi za złe. W odpowiedzi słyszę, że z perspektywy czasu widzą wyraźnie, iż tylko z pozycji autorytetu oraz odpowiednio wysokiego stanowiska można było forsować pewne programy, skupiać wokół nich ludzi, zdobywać środki na uruchamianie nowych laboratoriów, wreszcie reorganizować system nauczania pod kątem rodzących się w Polsce nowych przemysłów - okrętowego i turbinowego. Był więc prof. Szewalski dziekanem Wydziału Budowy Okrętów, był również rektorem Politechniki Gdańskiej.

To w Gdańsku. Ale profesor zorganizował również Katedrę Turbin w Politechnice Wrocławskiej. W beznadziejnie trudnych warunkach podróżowania co dwa tygodnie dojeżdżał do Wrocławia, aby tam w ciągu dwóch dni prowadzić wykłady, ćwiczenia projektowe i uruchamiać pierwsze prace badawcze w zespole katedry. Powiada mi dziś profesor, że w jednej z takich podróży przeżył trzy kolejne katastrofy - pociągu, przygodnego samochodu i autobusu, by wreszcie z niewielkimi tylko potłuczeniami przebyć ostatnie kilometry pieszo do Wrocławia.

- Mówiono mi później, że urodziłem się w niedzielę. Rzeczywiście miałem nieraz w życiu szczęście, wychodzić z niebezpiecznych sytuacji bez szwanku. W wiele lat później wracając z konferencji w Dreźnie zrezygnowałem z biletu na opóźniony o wiele godzin samolot. Wróciłem pociągiem, a w Warszawie dowiedziałem się, że kilku uczestników tamtej konferencji zginęło w katastrofie podczas lądowania na Okęciu.

Pierwsza turbina

Zanim pierwsi absolwenci nowego kierunku studiów opuścili mury gdańskiej uczelni i wyruszyli w Polskę, upłynąć musiało kilka lat. Ale od pierwszych dni po wyzwoleniu zniszczony kraj potrzebował energii elektrycznej. Większość siłowni była zdewastowana. Na pomoc z zagranicy trudno było liczyć. Jak już pisałem, przed wojną Polska w ogóle nie rozwijała produkcji turbin, a przecież te precyzyjne maszyny stanowią serce każdej siłowni. W 1946 prof. Szewalski występuje do Centralnych Zarządów Przemysłu Metalowego i Energetyki z inicjatywą tak zwanej akcji remontowej. W jej ramach przy Politechnice Gdańskiej organizuje Biuro Turbinowe, pierwszą komórkę polskiego przemysłu turbinowego. Wraz z kilkuosobowym zespołem objeżdża cały kraj, zapoznaje się z rozmiarami zniszczeń w siłowniach, projektuje brakujące elementy turbin i kieruje ich wykonawstwem i montażem. Jest to jeszcze praca odtwórcza, ale polskiej energetyce przynosi ona uruchomienie zespołów prądotwórczych w siłowniach o łącznej mocy około 200000 kW. Pomyślne wyniki "akcji remontowej" zjednują mu uznanie władz. Kiedy więc wysuwa projekt powołania w Polsce przemysłu turbinowego, projekt ten spotyka się z pozytywnym przyjęciem. Pozostaje jeszcze nie rozstrzygnięta kwestia, gdzie zlokalizować przemysł. Prof. Szewalski podpowiada: w Elblągu, w byłej stoczni, która z racji odzyskanych zakładów bezpośrednio nad morzem, traci częściowo swoje funkcje.

Przez półtora roku pięcioosobowy zespól inżynierów: Jan Brosz, Wojciech Brzezicki, Stefan Perycz, Jerzy Szczęsny i Romuald Smętny-Sowa projektują pod kierunkiem prof. Szewalskiego turbinę przeciwprężną o mocy 2,3 MW. Choć moc tej turbiny wobec produkowanych dziś może się wydać mała, to na początku lat pięćdziesiątych określała największy silnik cieplny, zbudowany kiedykolwiek w Polsce na podstawie własnych opracowań. Potem trzeba było wykonać odkuwki i odlewy, później obrobić detale i w końcu wykonać montaż.

- Czułem na sobie brzemię odpowiedzialności, wspomina tamte czasy profesor, bo nigdy w życiu nie projektowałem kompletnej turbiny. Podobne obawy miałem przy uruchamianiu maszyny. Za granicą robili to mistrzowie, ale u nas nie było jeszcze mistrzów. Na ten cel wziąłem nawet miesięczny urlop z politechniki (w owym czasie profesor był rektorem) i cały czas przesiedziałem w Zamechu. W ostatecznym momencie rozruchu, w nocy z 2 na 3 września 1953 roku, do maszyny nie dopuszczano już nikogo z robotników. Zostaliśmy przy niej sami, projektanci. Maszyna ruszyła gładko z miejsca, a po paru godzinach osiągnęła wymagane obroty i... nie rozleciała się jak to prorokowali niektórzy "jasnowidzowie". Wówczas to zza węgła wychylili się dyrektor zjednoczenia.

Na przemysłowej mapie Polski pojawił się odtąd nowy ośrodek - zakład produkcji turbin w Elblągu. Powstaje Biuro Konstrukcyjne Zamechu, do którego coraz liczniej trafiają absolwenci Politechniki Gdańskiej. Zamech zaczyna żyć własnym życiem wielkiego zakładu przemysłowego.

Musi być instytut

Tymczasem energetyka polska potrzebuje coraz większych siłowni i coraz większych turbin. Ale im wyższe parametry turbin, tym więcej problemów do rozwiązania. Nie wystarczy już policzyć, w prosty sposób zamodelować maszynę. Trzeba rozpoznać i sprawdzić najpierw laboratoryjnie wiele zjawisk aerodynamicznych, cieplnych, erozyjnych i dynamiczno-wytrzymałościowych. Do tego wszystkiego potrzebne są specjalne, bardzo kosztowne laboratoria. Takich laboratoriów Zamech nie ma. Nie ma ich również Biuro Turbinowe przy Politechnice Gdańskiej. Zamech kupuje więc pierwszą licencję na turbinę o mocy 25 MW. Tą drogą będzie szedł potem przez wiele lat; w zakresie turbin energetycznych praktycznie po dzień dzisiejszy. Jak mówi mi dziś inż. Andrzej Piechota z Biura Konstrukcyjnego Zamechu, raz tylko, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, inżynierowie z Elbląga otrzymali pozwolenie na opracowanie całkowicie oryginalnej turbiny energetycznej o mocy 63 MW. Ale konstrukcja ta po wykonaniu 70 proc. wszystkich prac została w roku 1961 zaniechana i zastąpiona kolejną licencją. Jednakże z tego co wówczas wykonano, zrodziła się później cała rodzina oryginalnych, tak zwanych turbin ciepłowniczych o mocy od 50 do 150 MW. Zamech uzyskał w tej kategorii turbin wysokie uznanie w kraju i za granicą.

Potrzeba badań. Potrzeba specjalistów i warunków do prowadzenia badań. W roku 1953 Polska Akademia Nauk, której jest członkiem od jej powstania, wyraża zgodę na utworzenie pod kierownictwem profesora zakładu badawczego w Gdańsku. W 2,5 roku później szybko rozwijający się zakład uzyskuje prawa instytutu PAN, a prof. Szewalski zostaje jego dyrektorem. Funkcję tę sprawuje równolegle z kierownictwem katedry w politechnice. Przed Instytutem Maszyn Przepływowych PAN prof. Szewalski stawia zasadnicze cele: powiększanie mocy jednostkowych turbin, podwyższanie ich sprawności, trwałości i niezawodności i wreszcie - nowe metody generacji prądu elektrycznego. Drogą do tych celów mają być badania podstawowe nad przetwarzaniem energii, termodynamiką i aerodynamiką maszyn przepływowych oraz nad generacją energii elektrycznej metodami magnetogazodynamicznymi. Tym celom i środkom podporządkowuje profesor organizację instytutu - siedem zakładów naukowych, którym z ogromną intuicją - jak powiedzą mi dziś jego współpracownicy - typuje tematykę badawczą. Tym, celom podporządkowuje też laboratoria badawcze; w instytucie powstają pierwsze w kraju tak zwane tunele aerodynamiczne, palisadowe, turbiny modelowe, urządzenia do badań wibracyjnych i wiele innych. Z ogromną energią przystępuje również profesor do budowy nowego gmachu instytutu (do roku 1970 instytut mieścił się w pomieszczeniach politechniki) i wyposażenia go w stanowiska badawcze na miarę potrzeb nowoczesnej placówki naukowej.

Turbiny czy sekatory

Prof. Szewalski ma nareszcie warsztat badawczy. Ma również coraz dojrzalszą i sprawniejszą kadrę. On sam jest promotorem 37 przewodów doktorskich oraz opiekunem 7 przewodów habilitacyjnych. Ale do instytutu przychodzą również ludzie o innych specjalnościach - matematycy, fizycy, elektronicy. Kadra rośnie i usamodzielnia się. Pierwsi jego uczniowie otrzymują tytuły profesorów. W tym czasie prof. Szewalski opracowuje koncepcję tak zwanej turbiny dwuczynnikowej (para wodna - freon), której realizacja mogłaby według jego ocen, przynieść radykalny wzrost mocy jednostkowej nawet do 2000 MW. Przedstawia projekt koncepcyjny takiej turbiny oraz projekt etapowej realizacji nowej koncepcji przy pomocy zainteresowanych zakładów przemysłu maszynowego i energetyki, pod kątem zmniejszenia do minimum ryzyka związanego z wprowadzeniem nowej, oryginalnej techniki.

Tymczasem w połowie 1970 zawisa nad sprawą jakieś fatum. Po co nam własny, kosztowny przemysł turbinowy? - pyta w "Polityce" Z. Szeliga - Zamech z powodzeniem mógłby produkować sekatory, a pożytek z tego mielibyśmy nie mniejszy. Publicysta "Polityki" wyraża tylko poglądy, które w owym czasie dominują w kierownictwie politycznym i gospodarczym. Zaraz potem na porządku dziennym staje sens istnienia Instytutu Maszyn Przepływowych. I jakby tego było mało, wewnątrz instytutu narasta konflikt - jakaś urażona ambicja, która z czasem przeradza się w zawiść, doprowadza do beznadziejnego finału. W momencie, w którym instytut przeprowadza się do nowego gmachu, i w którym dojrzewa najpełniej do roli, jaką wymarzył sobie jego założyciel, komisja akademii i szkolnictwa wyższego pod pretekstem realizacji uchwały o jednoetatowości przesuwa prof. Szewalskiego do pracy na jednym etacie w politechnice.

Koncepcje na wyrost i na sprzedaż

W połowie listopada 1978 siedzą naprzeciw dyrektora Instytutu Maszyn Przepływowych, prof. Jerzego Krzyżanowskiego. To już drugi z kolei dyrektor po odejściu prof. Szewalskiego. Kilka dni wcześniej odbyła się uroczystość nadania prof. Szewalskiemu tytułu doktora honoris causa Politechniki Gdańskiej.

- Zabiegaliśmy o to wspólnie z władzami politechniki. W instytucie odbyła się uroczysta sesja naukowa dla uczczenia 51 rocznicy pracy naukowej profesora. Bo profesor współpracuje z nami nieprzerwanie nadal. Ma u nas swój gabinet, jest członkiem naszej Rady Naukowej. Jest ciągle twórczy. Jego koncepcje inspirują nasze badania. Nie wiem, czy gdyby był nadal dyrektorem forsowałby dzisiaj koncepcję turbiny dwuczynnikowej. Wzrost mocy jednostkowej turbin można realizować dziś bardziej ekonomicznie stosując łopatki o ekstremalnej długości. Pokonana została jeszcze jedna bariera techniczna. Kilka lat temu niemożliwa do przeskoczenia. A wie pan dzięki czemu? Dzięki dwupowłokowej, ekstremalnej łopatce wirnika turbiny zaprojektowanej przez prof. Szewalskiego. Profesor posiada patent na nią stosowany dziś przez zakłady Brown Boveri. Koncepcje profesora wyprzedzają dzisiejszy stan techniki. Szkoda, że nie możemy ich jeszcze stosować w naszej rodzimej praktyce. Z tych koncepcji mamy jednak i my niemały pożytek. Wybieramy z nich te fragmenty, które możemy realizować na miarę naszych możliwości. Tak było z nowymi czynnikami roboczymi, na przykład freonem - efekty badań nad nim znalazły zastosowanie w wielkich okrętowych chłodniach, i z obiegiem dwuczynnikowym - gdzie efekty badań znajdują zastosowanie w wysokosprawnych zespołach turbin gazowych skojarzonych z niskotemperaturową turbiną freonową, a może i w turbinach siłowni słonecznych małej mocy. Tak będzie też zapewne z kolejną koncepcją profesora - nowym obiegiem termodynamicznym z tak zwaną regeneracją nadkrytyczną, którego wysoka sprawność, wyższa o około 6 proc. od najwyższej sprawności dającej się osiągnąć przy pomocy konwencjonalnego obiegu Clausiusa - Rankina, a około 16 proc. od najwyższej sprawności realizowanej w naszych najlepszych zespołach prądotwórczych, wychodzi naprzeciw trudnościom energetycznym świata.

Te właśnie koncepcje profesora oraz nabyte patenty pozwoliły mu w ostatnich latach na nawiązanie nowych kontaktów i osobistej współpracy z czołowymi producentami turbin na świecie - Związkiem Radzieckim, szwajcarskim koncernem Brown Boveri i amerykańskim General Electric. Jest tam zapraszany i honorowany. Uczestniczy w doradczych komitetach naukowych w Stanach Zjednoczonych i Republice Federalnej Niemiec. Zapraszają go również szkoły wyższe w tych krajach. Jego osiągnięcia i sukcesy w charakterze "visiting profesor" przynoszą mu nie tylko nowe dowody uznania, lecz przyczyniają się również do umocnienia współpracy naszego instytutu z tymi ośrodkami.
Pyta pan, co obok twórczych koncepcji - jest największym osiągnięciem profesora? Stworzył szkołę.
Tego w encyklopedii nie znalazłem.